Wspomnienia i anegdoty                          Ostatnia aktualizacja: 26.01.2006


Na tej stronie będziemy zamieszczać wspomnienia z naszych lat studenckich o zajęciach i wykładowcach, rajdach, różne anegdotki itd.
Przysyłajcie swoje wspomnienia, póki jeszcze pamięć Was nie zawodzi.
We wspomnieniach używane są prawdziwe nazwiska osób. Jeśli ktoś uważa, że zostały naruszone jego "dobra osobiste", to proszę napisać do autorki strony.

- Wspomnienia Czesi K.
- Wspomnienia Julka
- Wspomnienia Wilego
- Julek o Studium Wojskowym
- Basia (historyjki)


Czesława Kuźniewska

1. Nasze studia rozpoczęliśmy 3 X 1960 r. w poniedziałek o godz. 7.30, w auli na ul. Prusa, od wykładu z geometrii wykreślnej. Geometrię wykreślną wykładał mgr inż. Kidybiński. Chyba był antyfeministą, bo na wykładzie zwracał się tylko do panów. “Proszę panów, proszę panów, jeżeli komuś z panów wyjdzie punkt przebicia płaszczyzny przez prostą - poza płaszczyznę, to niech pan nie wierzy, niech pan da trójkąty do oszlifowania”.
Na pierwszym wykładzie, powtórzył kilka razy swoje “proszę PANÓW”, popatrzył na salę, dostrzegł kilkanaście dziewcząt, więc niby to zdziwiony mówi: — o przepraszam, nie wiedziałem, że są i panie, bo przecież sami przyznacie, że kobieta na Politechnice, to duże nieporozumienie.
Później dowiedzieliśmy się, że to był jego stały tekst, którym demonstrował swój stosunek do obecności dziewcząt na Politechnice. Na Wydziale Inżynierii Sanitarnej, gdzie studiowało dużo więcej dziewcząt, postanowiono zrobić mu dowcip i na pierwszy wykład przyszły same dziewczyny. Gdy mgr Kidybiński po swoim kilkukrotnym “proszę panów” rozpoczął wygłaszanie tekstu o obecności dziewcząt, usłyszał śmiech. Ze zdziwieniem biegał wzdłuż rzędów i sprawdzał, czy na pewno nie mówi do panów. Zemścił się; w pierwszym terminie wszyscy chłopcy oblali geometrię wykreślną. Argumentem było: — nie chodził pan na wykłady. — Ależ chodziłem. — Nieprawda, nie był pan na pierwszym wykładzie.
Innym dziwactwem pana magistra było żądanie, aby rysunki, oddawane co tydzień, były równo obcięte do formatu A4 czyli 297x210 ą 0,000 mm. Brał cały plik naszych rysunków, złożonych na brzegu stołu wykładowcy i sprawdzał dłonią, który arkusz “wystaje” lub jest “wpuszczony”. Te które były za małe lub za duże, odkładał na bok. Uważał, ze nie zostały oddane. Mieszkańcy akademików składali rysunki razem i obcinali na gilotynie. Bez względu na dokładność wymiarów, ich rysunki tworzyły idealnie równy blok. Ci “z miasta” byli poszkodowani. Ale te same, godzinę wcześniej odrzucone rysunki, można było oddać w ramach konsultacji, po wykładzie. Wtedy wymiary nie były sprawdzane, jedynie treść merytoryczna. Ale biada, jeżeli rysunek nie był na środku kartki, lub pozostawała spora ilość pustego miejsca. Wtedy p. Kidybiński dorysowywał koty, aby wypełnić lukę i rysunek, często bardzo pracochłonny, trzeba było robić od nowa.
Geometrię wykreślną mieliśmy tylko jeden semestr, ale barwną postać wykładowcy zapewne wielu z nas zapamiętało na długo.

2. Studia kończyliśmy po 11 semestrach i w tym ostatnim semestrze mieliśmy chyba najbardziej atrakcyjne wykłady doc. inż. Bronisława Pilawskiego - Ekonomika i organizacja pracy. Szkoda, że trwały tak krótko, tylko jeden semestr i to ostatni. Pan doc. Pilawski starał się przekazać nam ważną zasadę: unowocześnienie firmy należy przeprowadzać stopniowo, wprowadzając jednorazowo niewielkie zmiany. Sam kiedyś powiedział, że jego wykłady można opatrzyć wspólnym tytułem: “O wyższości ewolucji nad rewolucją”, bo żadna rewolucja jeszcze nikomu niczego dobrego nie przyniosła”. Dzisiaj te słowa, to żadna nowość, ale pamiętajmy, że pan doc. Pilawski wypowiadał je w drugiej połowie roku 1965.
Omawiając metodę komputeryzacji firmy HOAG, przedstawiał krok po kroku tworzenie bazy danych, katalogów produktów i kontrahentów, itd., czego dzisiaj uczą się informatycy przez kilka lat.
Doc. Pilawski omawiał również prawo patentowe. Z przepisów prawa patentowego wynika że: “wynalazek jest to opracowanie techniczne, za które można uzyskać patent”. Ale w innym miejscu te same przepisy informują, że “patent można uzyskać za wynalazek”. Tak sformułowane przepisy prawne (“nie mylić z prawem, które jest ponadczasowe”) dają sądom duże możliwości orzekania. Sam doc. Pilawski uważał, że patent jest to opracowanie techniczne, które urzędnicy Urzędu Patentowego zechcą uznać za patent (tu padała na boku uwaga, że urzędniczki lubią dobre czekoladki i bombonierki).
Zdaje się, że każdy z nas już w swym dorosłym życiu przekonał się o słuszności tych opinii.
Jeszcze w roku 1998 prof. Pilawski prowadził wykłady z ekonomiki przedsiębiorstw i prawa patentowego. Studenci (np. Wydz. Budownictwa) byli nimi zachwyceni, równie jak my. Nawet był pomysł, żeby na Jego wykłady sprzedawać bilety. Kto zachował do dzisiaj zeszyt z notatkami i cytatami z wykładów doc. Pilawskiego – ma zawsze coś ciekawego do poczytania.

powrót na początek

Juliusz Gajdek

Z okresu moich studiów mam kilka zabawnych (może tylko dla mnie), niezapomnianych wspomnień.
W moim życiu studenckim w pierwszych dwóch latach szczególnie zapisał się mgr Rochowski. Dzisiaj jestem przekonany , że mgr Rochowski był dobrym obserwatorem, wychowawcą, chociaż lubił się zabawiać kosztem studenta, mnie chyba darzył sympatią, znał moje słabości, chociaż wtedy uważałem , że mnie prześladuje.

  1. Już w czasie egzaminu wstępnego miałem przyjemność zetknąć się z prof. Godzińskim i mgr Rochowskim.
    Mgr Rochowskiego interesowało m.in. czy wiem co to jest wartość bezwzględna. Z mojego liceum wyniosłem definicję, że wartość bezwzględna to jest wartość liczby po odrzuceniu jej znaku, a mgr Rochowski koniecznie chciał abym to wyraził jako ÷ a÷ = - a dla a<0 i ÷ a÷ = a dla a> 0 i a=0, z którym to zapisem w liceum nigdy nie się spotkałem. Byłem przerażony bo nie rozumiałem o co mu chodzi, byłem przekonany, że oblałem, pomimo, że z pisemnego i z fizyki i z matematyki miałem 5.
    Po długiej rozmowie gdy jakoś udało mi się zapisać to tak jak On chciał, Mgr Rochowski zaniósł kartę egzaminacyjną do prof. Godzińskiego.
    Prof. Godziński poprosił mnie do stołu, wstał, podał mi rękę i powiedział (słyszę te słowa do dzisiaj) “wyrzucamy Pana z wynikiem bardzo dobry”. Zgłupiałem. Już odchodziłem od stołu, ale nie dało mi to spokoju i z desperacją zawróciłem i zapytałem “ to na ile trzeba było zdać aby być przyjętym”. Prof. Godziński widocznie zreflektował się , że ma do czynienia z człowiekiem prostym, o ograniczonym poczuciu humoru czy inteligencji, może rozumiejącym fizykę i matematykę, ale nie koniecznie żarty, zaczął więc mnie przepraszać, że nie przewidział, że słowo “ wyrzucamy” mogło być tak dosłownie zrozumiane, i zapewniać mnie, że we wrześniu otrzymam zaproszenie na studia.
  2. Na pierwszym semestrze na kolejne ćwiczeniach był do zrobienia w domu zestaw zadań z granic wśród których była granica y= limn® Y (1 - 1/n)n . W naszej grupie z matematyki wyróżniali się Marek Hłond i Andrzej Goik. Ponieważ nie umiałem tego rozwiązać , przed zajęciami dla bezpieczeństwa sprawdziłem czy Oni to rozwiązali. Okazało się , że też nie. Ponieważ zostałem poproszony przez mgr Rochowskiego o zaprezentowanie rozwiązania stwierdziłem, że nie wiem jak to zrobić, ale na swoje usprawiedliwienie dodałem, że “chyba nikt tego nie zrobił”. Oczywiście mgr Rochowski skwitował to, że jego to nie interesuje, a raczej chciałby abym się postarał i znalazł rozwiązanie. Oczywiście w notesiku fakt został odpowiednio odnotowany co raczej gwarantowało, że następnych zajęciach będę ponownie pytany. W akademiku nikt nie był w stanie mi pomóc. Na następnych zajęciach mgr Rochowski znów mnie poprosił . Ponieważ dalej nie wiedziałem jak to zrobić On ze swoim specyficznym, świdrującym uśmiechem, zapytał mnie, “a panie Gajdek może zrobił ktoś z kolegów ?”. Nie wiedząc co odpowiedzieć, bo też nie wiedziałem jak znów ze mnie zakpi, stwierdziłem ostrożnie, że chyba nie, bo by mi powiedzieli, a On na to “ a ja jestem pewien , że się Pan postara i na następne zajęcia już Pan sobie poradzi i pomoże kolegom”. Wróciłem na miejsce w ławce, a odpowiedni zapisek powędrował do notatnika Pana Rochowskiego. Po zajęciach widząc, że chyba nie ma żartów, poszedłem do niego na konsultacje. Mgr Rochowski zrobił mi wykład czym się różni studiowanie od nauki w szkole średniej, m.in. tym, że uczeń chodzi na lekcje, a student do biblioteki. Wziąłem sobie to do serca pobiegłem do biblioteki i o dziwo już w drugim dniu w którejś z przeglądanych pozycji znalazłem poszukiwane rozwiązanie y= limn® Y (1 - 1/n)n =1/e i do dzisiaj pamiętam jak to przekształcić Na następnych zajęciach już nie byłem pytany, pomimo że się stale zgłaszałem, chcąc zniwelować zapisane już dwie dwóje.
  3. Taka napięta dla mnie sytuacja trwała jakieś pół semestru, ja się uczyłem, odrabiałem ćwiczenia, pilnowałem, zaś mgr Rochowski jakby mnie nie widział, jakbym już przestał być studentem.
    I znów należało obliczyć granicęgdy ilość pierwiastków zmierzała do nieskończoności. Gdy po kilku próbach dalej nie wiedziałem jak to rozwiązać, wiedziałem już co mam robić. Pobiegłem do biblioteki, ale przed następnymi zajęciami nie udało mi się jeszcze tego znaleźć. Marek Hłond i Andrzej Goik też tego nie umieli zrobić, ale ja już czułem, że dla Rochowskiego będzie to nieistotne, ważne będzie to co ja będę wiedział w tej sprawie. Tak jak przewidywałem, na zajęciach Rochowski poprosił mnie do tablicy, trochę się powyżywał pytając “czy byłem w już w bibliotece”, “ a może zrobił ktoś z kolegów” no i zarobiłem kolejną dwóję. Na następne zajęcia już byłem dobry, bo znalazłem rozwiązanie. To się robiło wykorzystując twierdzenie o trzech ciągach a granica wynosiła 2, ale to mi nic nie dało, bo mgr Rochowski nie pytał mnie już do końca semestru.
    Na koniec semestru informując, komu zaliczył a komu nie, mnie pominął jakby mnie nie było.
    Traktując to jako jawne lekceważenie, bo przecież poza tymi wpadkami nie dał mi szansy na zrehabilitowanie się, zapytałem się wprost “a co ze mną przecież po tych dwójach Pan mnie ignorował i nie chciał ze mną rozmawiać?”.
    Na to mgr Rochowski z uśmiechem: ”a wie pan panie Gajdek, jak się pan postara to pan skończy studia, a ponieważ na pierwszym roku nie ma stypendiów, to na zasadzie wyjątku wystąpiłem do rektora dla pana o zapomogę”. To był szok. To był cały Rochowski.
  4. Na drugim roku już okrzepłem i wydawało mi się, że już znam mgr Rochowskiego.
    Bardzo nie lubił aby spóźniać się na jego zajęcia a my jak na złość mieliśmy ćwiczenia w NOT na Świerczewskiego (dzisiaj Piłsudskiego) gdzie trzeba było dojechać z pl. Grunwaldzkiego tramwajem 4 lub 2, bardzo zawsze przepełnionymi i często opóźnionymi. Jeśli ktoś się spóźnił, z pewnością miał okazję znaleźć się przy tablicy i nie pamiętam aby komuś udało się wracać z tarczą.
    4 grudnia 1962 roku a więc w imieniny Barbary, nasza kochana, urocza Basia Hanzel (dzisiaj Pietrzyk) skulona, przerażona bo wiedziała co ją czeka, wchodzi do sali w NOT, spóźniona o jakieś 10 - 15 minut. Widzę jak dzisiaj, jak mgr Rochowski już od drzwi mierzy ją wzrokiem, jak twarz mu się rozpogadza, jak patrzy z przyjemnością na swoją ofiarę. Ja byłem wychowany na Krzyżakach i Potopie, wzorem moim był Zbyszko z Bogdańca i chyba w odruchu “rycerskości” podszedłem do Mgr Rochowskiego i na ucho zapytałem “czy może mnie wysłuchać a właściwie wziąć pod uwagę , że dzisiaj są imieniny Basi i nigdy mu nie wybaczę, jeśli ją wezwie do tablicy i postąpi tak jak zawsze”.
    Mgr Rochowski bardzo mi podziękował, że mu przypomniałem bo nie pamiętał i zapewnił, żebym był spokojny, bo on bierze pod uwagę tą wyjątkową okoliczność i zapewnia mnie, że Basi dzisiaj pytać nie będzie. Z ogromnym zadowoleniem i dumą z siebie wróciłem na swoje miejsce do ławki. Ledwie usiadłem i zacząłem “przeżywać” to, co dobrego zrobiłem, jaki to byłem odważny, gdy zobaczyłem wzrok mgr Rochowskiego utkwiony we mnie, na twarzy jego charakterystyczny uśmiech i usłyszałem “to może pan, panie Gajdek podejdzie do tablicy i zrobi ...” . Przeżycie i zaskoczenie było tak ogromne, że niestety nie pamiętam czy to był dowód, czy jakaś całka, ale pamiętam , że wynik był 2, a komentarz Rochowskiego “ pan jest naprawdę dobry panie Gajdek, musi pan tylko więcej się starać”.
  5. Z pośród wielu przygód z Rochowskim jedna powtarzała mi się bardzo często i zawsze byłem wściekły, gdy jemu się udało a On chyba o tym wiedział i bawił się.
    Bardzo często zdarzało mi się, że Rochowski szedł ulicą czy to Prusa czy Świerczewskiego i gdy tylko mnie zobaczył z daleka, spuszczał wzrok patrząc pod nogi, tylko chyba po to aby wprowadzić mnie w zakłopotanie, bo w pewnym momencie gdy się zbliżyliśmy na odpowiedni dystans podnosił wzrok i witał mnie z swoim “dobrotliwym” uśmieszkiem “ dzień dobry Panie Gajdek”. Wymuszony komizm sytuacji, że asystent kłaniał się pierwszy studentowi doprowadzał mnie do szału. To mnie tak denerwowało, że czasem aby tego uniknąć np. na Prusa gdy byłem jeszcze blisko budynku, zawracałem, żeby Mu nie dać satysfakcji “zrobienia mnie na szaro”.

    Chciałbym też wspomnieć o profesorze Hołuszce.

  6. Chyba na drugim roku (IV semestr ?) mieliśmy z prof. Hołuszko wykłady, a nasza grupa też ćwiczenia z konstrukcji .W ramach ćwiczeń każdy miał indywidualny temat. Nasza grupa miała ćwiczenia o 730 w poniedziałki, a prof. Hołuszko znany był z zamiłowania do polowań i chyba dlatego w poniedziałki robił wrażenie przemęczonego i niewyspanego, albo może te nasze prace tak go nudziły i dlatego zdarzało mu się zdrzemnąć przy sprawdzaniu prac. Mojego tematu nie pamiętam, ale pamiętam, że Andrzej Goik miał zaprojektować jakieś skomplikowane sprzęgło magnetyczne , zapewniające izolację elektryczną, wodoszczelność i coś tam jeszcze. Na pierwsze konsultacje Andrzej przyniósł na brystolu (co prawda jeszcze w ołówku), pięknie rozrysowanie złożenie i kilka rysunków detali.
    Rozpoczął referowanie, ale gdy po pewnym czasie zauważył, że profesor normalnie drzemie, przerwał i zamilkł. To obudziło profesora, dwoma zamaszystymi ruchami przekreślił Andrzeja rysunek i spokojnie dodał “ Panie to jest bzdura !”. Na następnych dwóch zajęciach sytuacja się powtarzała. Gdy za czwartym razem Andrzej usłyszał “ Panie to jest bzdura !” nie wytrzymał i błagalnym głosem zwrócił się do Profesora –“ Panie Profesorze ja już nie mam sił, proszę mi coś podpowiedzieć, bo ja już nie wiem co mam robić, ja naprawdę nie wiem jak to zaprojektować”. Profesor chwilkę się zastanowił i zapytał czy zna j. niemiecki, Andrzej na to “pochodzę z Zabrza i trochę znam niemiecki”, to Profesor na to “ wie Pan jest tak książka Der Bauelemente der Feinmechanik i tam jest gotowe takie sprzęgło”. Na następne zajęcia Andrzej przyszedł dumny bo znalazł tę książkę, było tam podobne funkcjonalnie sprzęgło, ładnie go przerysował i gdy Profesor po ocknięciu się postawił znów zamaszyście dwie skrzyżowane kreski i wyrzekł “ Panie to jest bzdura !” Andrzej nie wytrzymał i prawie wykrzyczał z wyraźną pretensją w głosie “ Ależ Panie Profesorze to jest sprzęgło z tej książki, którą mi pan polecił Der Bauelemente der Feinmechanik”. Na to Pan Profesor ze stoickim spokojem – “ a co to w książce nie mogą się mylić” . Zdesperowany Andrzej na następne zajęcia, a semestr już zbliżał się do końca, przyniósł swój pierwszy projekt, jedynie wymazał to co kilka tygodni wcześniej Profesor mu przekreślił, chociaż ślad pozostał. Profesor wziął rysunek do ręki, popatrzył, pooglądał parę rysunków detali i spokojnie podsumował “ No widzi Pan, jak się bardzo chce to i rozwiązanie się znajdzie .... może Pan kończyć”, i zadał mu do rozrysowania tylko jeden czy dwa detale, a w ostatecznym rozrachunku Andrzej dostał zaliczenie na 5.
  7. Z prof. Hołuszką na drugim roku mieliśmy wykłady i egzamin, nazywało się to popularnie mechanika konstrukcji (części maszyn). Egzamin polegał na rozwiązaniu zadań, w czasie których Pan Profesor sprawdzał zeszyty z notatkami z wykładów (złożenie zeszytu było warunkiem przystąpienia do egzaminu) oraz “ zabezpieczał” przed ponownym wykorzystaniem tego samego zeszytu przez kogoś innego przez przebijanie go gwoździem. Kto pierwszy zrobił zadania zgłaszał się do Profesora i dostawał pytanie lub zadanie indywidualne, do którego należało się przygotować i podejść jak się było gotowym, zaś Profesor wg jakiegoś tam swojego uznania (wydaje mi się, że miał na to też wpływ wygląd notatek) albo kończył i wpisywał ocenę albo dawał kolejne zadanie. Przed egzaminem poszła fama, że trzech ostatnich studentów zdających w danym dniu oblewa. Ja miałem już poprawkowy z teleelektry i z czegoś tam jeszcze, a więc oblanie u Hołuszki grozić mi mogło kłopotami z dopuszczeniem do sesji poprawkowej. Gdy na sali zostało nas już tylko pięciu – pamiętałem, że trzech ostatnich oblewa - gdy dostawałem zadanie, to nie siliłem się na dokładne obliczenia tylko robiłem “schemat” obliczeń i zaraz biegłem do Hołuszki. Wyszedłem z sali jako czwarty od końca. Jako trzeci wyszedł Alek Górny i niestety oblany, i następni też. Z Alkiem Górnym na pierwszych semestrach często uczyliśmy się razem, bardzo mi imponował i było mi ogromnie przykro widząc, że jeśli ja zdam On może oblać. Zrobiłem tak jak zrobiłem, bo Alek miał wszystko zdane, a mnie groził urlop dziekański. Czy ktoś pamięta ten egzamin, bo Alek tak, bo to był Jego pierwszy i chyba jedyny oblany egzamin.

powrót na początek

J

Wilhelm Niezgoda

Wspomnienia

Egzamin wstępny:

Pisemny z matematyki napisałem na 5 minus – dzięki Krysi Małej, która szepnęła mi iż mam źle narysowany przekrój bryły.... Wielkie dzięki Krysiu.....(siedzieliśmy w ostatniej ławce pod oknem od lewej śp. Jurek Kania, ja i Krysia Mała)
Ustny z fizyki poszedł mi gorzej na 4 minus...
Teraz matematyka ustny:
Wyciągam 3 zadania , zabieram się do trzeciego... i podchodzi asystent, pyta: czy Pan już zrobił? Zdziwiony gadam, iż dopiero odebrałem pytania i zabieram się do nr 3, bo jest łatwe....
No niech się Pan spieszy bo to egzamin konkursowy i czas też się punktuje....
Zrobiłem 3 zadania i siedzę, siedzę nikt nie pochodzi....oglądam się ... w końcu kiwam głową do asystenta który wcześniej do mnie podszedł, a ten nic....
W końcu podszedł ogląda zadania i mówi:
Zadanie 1 Pan zrobił ma Pan 4
2 Pan zrobił ale go Pan nie rozumie 2
3 Pan zrobił ma Pan 4
No sam Pan widzi, że to na pozytywną ocenę nie wychodzi.....może Pan zrezygnuje, może w przyszłym roku będą pytania łatwiejsze...
Zaszokowany wycedziłem że przyjechałem z daleka i chcę popróbować poprawić te oceny i zdać....a w ogóle to średnia arytmetyczna wychodzi powyżej 3 !!!
A to Pan wie jednak co to jest średnia arytmetyczna !!!
To przyniosę Panu jeszcze jedno zadanie....
Przyniósł stertę kartek i wybiera......wybiera... ale rzecze: te są trywialne....
To może podyktuję inne.... i myśli....myśli...
Ja już prawie zdrętwiały czekam...
Po chwili ten mówi: proszę naszkicować wykres funkcji tangens i cotangens.
Naszkicowałem a ten ma Pan 4....
No teraz wychodzi pozytywna ocena...
Czy życzy sobie Pan jeszcze jedno zadanie ???
Nie, dziękuję rzekłem.....
A ten:
Proszę Pana to jest egzamin konkursowy !!! taka ocena nie gwarantuje Panu miejsca na I roku studiów !!!
Wystraszony podziękowałem i mówię no to trudno, wtedy przyjadę popróbować znów za rok....
P.S. No myślę, że wszyscy już wiedzą u kogo zdawałem egzamin ustny z matematyki na egz. wstępnym na I rok Łączności PWr.

========================================================

Studium Wojskowe I pluton ( IV rok sudiów)

Zdarzenie 1

Janusz był zawsze naszym ulubieńcem na “wojsku” jak ktoś pytał np. kto dobrze rysuje:
my Muszyński, kto poprowadzi musztrę my: Muszyński i tak stale.......
Jest okienko 2 godz. lekcyjne chyba koło godziny 8.00 bo zaczynaliśmy od 7.00
Część w łachmanach wojskowych śpi pod ławkami, część głowy na ławkach, a grupa sportowa rzuca gąbką – taką socjalistyczną (bardzo ciężką). Tak dla zabawy kto kogo trafi w łeb. Część gra w nogę piłką z papieru pogniecionego fi 5-6 cm.
Po odrobieniu “okienka” przychodzi mjr .......... od radiostacji ten co zawsze pytał o ten kondensator “specjalny gazowany” w schemacie radiostacji R- 105. Gąbka jednak lata dalej po sali tak by trafić w głowę st. szeregowego lub kaprala podchorążego. Po kolejnym rzucie gąbka wypada przed ławki. Major zauważa i mówi: no wreszcie, ja ją widziałem wiele razy ale chcę wiedzieć kto to rzucił.
Odpowiedź była chórem : Muszyński ( co prawda nie On rzucił)
A major Wy to rzuciliście do Janusza a ten: Tak jest Obywatelu majorze !!!
Proszę przynieść ją do tablicy!
Janusz zaniósł i położył, a jak major dalej zaczynał czytać czerwoną instrukcję zabrał ją z powrotem na salę!!!
Gąbka stale znów lata aż znów wypadła przed ławki....

A major : ja nie chcę wiedzieć kto rzucił tylko kto był taki sprytny, że ją zabrał a ja nie zauważyłem ?
Odpowiedź znów chórem: Muszyński !!!
Major: Wy to zrobiliście do Janusza a ten: Tak jest Obywatelu majorze !!!
Wyjaśnił jak to zrobił a ten:
To proszę ją odnieść do tablicy, przypilnował by ją zostawił.......
i tak popsuł nam całą zabawę.....

Zdarzenie 2

Jak dostałem “piątkę” za spostrzegawczość.

Odpowiadam z radiostacji czołgowej R-312 u majora Soleckiego ( w zastępstwie)

A ten jaki jest pobór prądu radiostacji R-312 na:
Nadawanie
Odbiór
Odbiór dyżurny
Major przechodzi przede mną, ja stopień wyżej na podwyższeniu katedry widzę w jego instrukcji na środku strony 3 wiersze;

xxxxxxxx 9 A
xxxxxxxx
3 A
xxxxxxxx
1 A

Więc odpowiadam calym zdaniem:
Radiostacja czołgowa R-312 pobiera :
9 A przy pracy na nadawanie
3 A przy pracy na odbiór
1 A przy pracy na odbiór dyżurny
wówczas major zdziwiony pyta : kto Wam to podpowiedział ?
Nikt Ob. Majorze ! Pyta sali, kto podpowiedział.... cisza......cisza....
Stawiam Wam ocenę bardzo dobrą, ale powiedzcie kto Wam podpowiedział!
Ja znów : Nikt Ob. Majorze !
Major:
Wpisuję piątkę, ale powiedzcie: wiedzieliście to przed wyjściem na środek?
Nie Ob. Majorze !
Wpisał do dziennika i jeszcze raz pyta: skąd to wiedzieliście i nie cofnę już tej oceny....
Wtedy melduję, Że przeczytałem je z instrukcji pana majora już na środku....
Major:
Słuszną ocenę dostaliście........za spostrzegawczość !!!!

 

Zdarzenie 3
Na II obozie wojskowym po IV roku;

Por. Wronka (ten po WAT-cie) - kolokwium: pyta 4 osoby jednocześnie na środku – jeden zaczyna, to trójka czeka....
A On: a Wy na co czekacie?

Więc cała czwórka gada.........

Ja miałem pytanie o zasilanie telefonii nośnej Tfc-4 tam jest 212 V chyba 40V i akumulator chyba 2V wiec szybko skończyłem a pozostała trójka jeszcze gada swoje.....
Więc ja nie chcę być gorszy i gadam to drugi raz......
Porucznik rzuca dość!!! i stawia oceny:
Wy bardzo ładnie – macie piątkę...
Wy dobrze ale tego nie rozumiecie....
Wy tak na 3 plus....
A do mnie:
wy to trzy minus ......bo cały czas to samo gadaliście!!!

powrót na początek

Juliusz Gajdek

Wspomnienia Wilego są rewelacyjne! Taki właśnie był Rochowski i takie właśnie było studium wojskowe.
Mnie ze studium przypomniało się jak "dzięki" na pewno Basi i chyba dużej Krystynie, przez cały semestr zdawałem Instrukcję służby wewnętrznej. Basia ciągle gdzieś deptała mi po piętach  a to przygoda z Rochowskim, a to studium wojskowe i ta instrukcja. W czasie zajęć w terenie, wiosną -ćwiczenia z nawiązywaniu łączności na radiostacji R-105 - zostałem wyznaczony na dowódcę jednej z drużyn. Jak tu pójść w teren bez koleżanek? Zadzwoniliśny do akademika i udało nam się Je namówić. W czasie Ćwiczeń pracowaliśmy w sieci utrzymując kontakt radiowy z prowadzącym ćwiczenia ( chyba to był mjr Zielski). Nie wolno było rozmawiać otwartym tekstem tylko szyfrem, bo "wróg podsłuchiwał". W czasie ćwiczeń w pewnym momencie radiostacja prowadzącego zamilkła i nie udawało się jej wywołać. Uznaliśmy, że radiostacja prowadzącego wysiadła, że prowadzący nas nie słyszy, no to hulaj dusza , przeszliśmy na otwarty tekst. Basia chciała koniecznie porozmawiać przez radiostację z którymś kolegów bedącym gdzie indziej, w innej drużynie. Dałem jej słuchawkę i pogadała sobie. Gdy wróciliśmy do budynku , ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że radiostacja majora miała słabo naładowane akumulatory i nie mógł nadawać (9A) , ale całkiem dobrze podsłuchiwał (1A). Zaczęło się śledztwo, które to drużyny prowadziły rozmowy otwartym tekstem. Nikt się nie przyznawał , aż do momentu gdy mjr Zielski nie użył argumentu " nie dość, że rozmawiali otwartym tekstem to jeszcze dopuścili  kobiety, jakieś "dziwki" do radiostacji. To dla mnie było za wiele, moje koleżanki tak nazwać!!!. " Tak panie majorze, to ja dopuściłem kobiety do rozmowy przez radiostację ale kategorycznie wypraszam sobie aby nazywać je "dziwkami", bo to były nasze koleżanki. My nie mamy zwyczaju ani potrzeby zadawać się z kobietami takiej profesji w przeciwieństwie do innych". Rozkazano mi zamilknąć, usiąść i zameldować się po zajęciach w pokoju oficerów. Zdałem sobie sprawę  że powiedziałem trochę za dużo. Jakoś udało mi się załagodzić sprawę, ale do końca semestru chodziłem co tydzień   i próbowałem zdać z zadanej mi za karę instrukcji służby wewnętrznej i zawsze coś było nie tak. Do dzisiaj  mi pozostało i gdy mam oddać kobiecie słuchawkę telefonu to się wzdragam .......czy ona aby skończy szybko rozmowę ? Juliusz  

powrót na początek

Barbara Pietrzyk (historyjki)

Na wykłady chodziłam pilnie

Na wykłady uczęszczałam pilnie. Tym bardziej, że na wykładach można było spotkać nie tylko wykładowcę ale także ulubioną osobę J .
Zeszyty – notowałam dużo, dokładnie i bardzo starannie. Tak przynajmniej dzisiaj wydaje mi się.
W każdym razie coś w tym musiało być, bo pożyczano te moje zapiski.
Długo po studiach miałam jeszcze zeszyt z elektrotechniki. Szkoda, że zaginął.
W zeszycie tym na wewnętrznej stronie okładki były zanotowane słowa piosenki z Kabaretu Starszych Panów

  • “Już wiosna kalendarzowa
    Już wiosna kalendarzowa
    Niebawem przyjdzie prawdziwa
    I tylko patrzeć i tylko patrzeć
    Jak chłopcy zaczną podrywać”
  • Pewnego razu zeszyt ten został wypożyczony, a kiedy powrócił do mnie spostrzegłam, że słowa piosenki zostały uzupełnione:

  • “Poderwą jedną i drugą
    Zmierzch za chałupą zapadnie
    I po co Ci było dziewczyno
    Zeszyt prowadzić tak ładnie”
  • Wskazówka autora zapadła we mnie głęboko, tak że wierszyk pamiętam do dzisiaj.
    A czy zrobiłam z niej użytek….????????

    -------------------------------------------------------------------

    Rankiem pewnego dnia podążamy grupką na wykłady na Prusa.
    Rozmawiamy, rozmawiamy.
    Wśród nas podążający Tadek Herc powiada:
    “Śnił mi się dzisiaj dziadek i powiedział, że światłość wiekuista ma naturę falową.”

    -J -J -J

    powrót na początek

    Autorka strony - Lubomira Ząbek
    Wszelkie uwagi, propozycje, ogłoszenia i wspomnienia do Naszej Strony (NS) proszę kierować na mój adres:
    e-mail